czwartek, 21 sierpnia 2014

Od Elven di Turi

Wiał silny wiatr od północy. Stałam na najwyższym klifie i wpatrywałam się we wzburzony ocean. Fale były wysokie i rozbijały się o fale z głośnym wrzaskiem. Rozłożyłam skrzydła rozkoszując się tą chwilą i skoczyłam. Tak po prostu. Przez chwilę, która trwała może sekundę lub dwie, ale dla mnie była wiecznością - spadałam. Głową w dół z wizją roztrzaskania się o morskie dno i ostre głazy. A tuż nad powierzchnią skrzydła uniosły mnie lekko nad wodę, którą mogłam teraz muskać kopytem. Kochałam latać. Chyba nic nie uszczęśliwiało mnie bardziej. Musiałam lawirować między skalami co nie należało do rzeczy prostych, tym bardziej, że leciałam z ogromną prędkością, a wiatr był naprawdę silny.
Latałam tak dłuższą chwilę, aż sól nie zaczęła szczypać mnie w oczy i wzbiłam się wysoko, tak, by wylądować znów na klifie. Otrzepałam się z wody i zaczęła przeczesywać wzrokiem okolicę. Klify stanowiły łakomy kąsek dla innych pegazów, a ja musiałam ich bronić.
Miałam sokoli wzrok i szybko dojrzałam złotego konia na jednym z moich klifów. Nie wyglądał na takiego, któremu zależałoby na zdobyciu władzy tutaj. Był zbyt delikatny, szlachetny. Bardziej pasował mi na południe od gór. Może się zgubił. Nic nie stało mi jednak na przeszkodzie, by przegonić intruza z mojej ziemi.
Jedno uderzenie potężnych skrzydeł i już byłam w powietrzu.
<Fallout?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz