Stanęłam dęba. Muszę przyznać, że widok czarnego jak noc pegaza, stojącego na zadnich nogach, młucącego powietrze przednimi kopytami, dodatkowo bijącego "śmiesznymi" skrzydłami, przeraża każdego.
A kiedy jeszcze ten pegaz skacze i rzuca się na ciebie galopem...
Złota w panice cofnęła się i potknęła, upadając w błotniste wody jeziora. Szybko jednak się podniosła.
Parsknęłam śmiechem.
- Pani przywódczyni chyba nie radzi sobie w trudnym terenie? Uroczo.
Powiedziałam sarkastycznie tak, jak ona. Patrzyłam jak gramoli się z bagna, jak jej złota sierść staje się ciemnokasztanowata. Jak jej ogromne skrzydła stają się niezdolne do lotu pod ciężarem błota.
Stała się bezbronna.
Zrobiłam krok w jej stronę. Moje długie nogi doskonale sprawdzały się w takim terenie, podobnie jak skrzydła których wielkość była teraz ogromnym plusem.
- Możesz panować sobie nad całą Latere - wyszeptałam - Możesz rządzić wszystkimi końmi. Tereny od Łąk na południu, przez góry, cała Guide i plaża. Ale zapamiętaj jedno.
Stanęłam teraz tak blisko, że czułam jej ciepły oddech na skórze.
- Klifów nie dostaniesz.
Złota ruszyła na mnie. Wyskoczyła z bagna i już chciała powtórzyć swoją dawną sztuczkę - uderzyć mnie w łopatki - ale tym razem nie dałam się nabrać. Uderzyłam skrzydłami i wzniosłam się w górę. Fallout drasnęła mnie jedynie w tylną nogę. Ale to było nieważne. Ja mogłam odlecieć. Ona była uziemiona. Jeden do jednego piękna.
<Golden Fallout?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz